darmowy hosting obrazków
Kategorie: Wszystkie | Ogólne | działkowe | moje robótki
RSS
środa, 01 października 2014
Doczekałam się

Wczoraj pojechałyśmy z córką do Krakowa po odbiór pieska. Sunia przejechała spory kawał z Bydgoszczy. Dlaczego aż stamtąd? To inny rozdział. Ważne, że pies po przejściach znalazł wreszcie dom, a ja pieska, który zapadł mi w serce.Wieczór był wspaniały ,długi spacer.W domu czekał  na nas pies córki rasy shi tzu. Sheila dotrzymywała towarzystwa mojemu mężowi a po naszym powrocie powitała nową koleżankę. Dziewczyny zaraz się dogadały. Zero agresji i totalny małpi rozum. Ósemka w pokoju, przedpokoju a co na drodze to zmieniało pozycję. Szaleństwo. Moja Brita potrzebowała rozruszać łapy po kilku godzinach w samochodzie a Sheyla osierocona przez Nera szalała z radości bo miała towarzystwo.  Aby uniknąć demolki mieszkania, trzeba było iść na dłuższy spacer. Brita ładnie chodzi na smyczy aczkolwiek trzeba ją nauczyć chodzić na tzw. krótkiej i tylko przy lewej nodze.To ważne przy przechodzeniu przez ulicę i w miejscu gdzie jest ruch. Pomału wszystko wypracujemy. Sunia jest pojętna, potrzebuje cierpliwości. A na teraz potrzebne jest wypracowanie wzajemnego zaufania. Już dzisiaj po 24 godzinach, Brita chodzi za mną krok w krok, zaczepia mnie do spacerów, macha ogonkiem, sprawdza co robię, poszczekuje, upomina się o pieszczoty. Układa się w sposób świadczący o poczuciu bezpieczeństwa. Co mnie martwi? Nie bardzo chce jeść. Czyżbym miała "Tadka niejadka"? No trudno jakoś sobie będę radziła. Luks zmiatał wszystko z miski przed chorobą. Na razie poznajemy się wzajemnie. I wiem że będzie dobrze bo sunia potrzebuje ciepła, przytulnego domku i stabilizacji. A to u mnie dostanie. Dzisiejszy spacer ustawił mnie do pionu. Wszystko wróciło  do normy. Nawet mąż funkcjonuje z większą energią. Pies daje nam dużo radości, stukanie jego pazurków cieszy serce.

 

 

21:21, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 września 2014
Jestem ostatnio monotematyczna...

Tak rzeczywiście jeden temat przesłonił mi obecnie świat.A to dlatego, ze wciąż przeżywam rozstanie z przyjacielem, odczuwam pustkę jaka zostawił. Czekam tez na następcę albo raczej na następczynię. No więc wchodziłam na różne ogłoszenia, strony schronisk, przytulisk.A ostatnio dużo buszuję na fecebooku. Dzięki moim wspaniałym rodzicom, weszłam w życie wyczulona na krzywdę zwierząt. A boli mnie krzywda wyrządzana przez człowieka. Moje życie rodzinne nauczyło mnie praktycznie, ze zwierzątko udomowione obdarza człowieka opiekuna zaufaniem, oczekuje pomocy. Z dzieciństwa pamiętam psiaka, który bawiąc się , przyleciał pędem do mojej mamy i położył jej pyszczek w dłoni. Zrobił to z wielką ufnością. Co się okazało? Bawił się kością, kawałek jej utkwił mu między zębami urażając od wewnątrz policzek. Mama delikatnie usunęła mu to, przepłukała  pysk roztworem rumianku. Ale do końca moich dni nie zapomnę wrażenia jakie na mnie zrobiła mowa ciała tego pieska. Ta niesamowita ufność i prośba.

A teraz widzę masę zdjęć porzuconych bezradnych schorowanych psiaków i nie tylko ich. A już do żywego poruszają mnie zdjęcia psów skrajnie zaniedbanych, maltretowanych, doprowadzonych do wycieńczenia. Robione jest to przez niektórych ludzi z premedytacją. Jak można pytam kłaść się spokojnie spać i nie śnić koszmarów jeśli się własnemu podopiecznemu zgotowało takie piekło? Jak można innym ludziom patrzeć w oczy? A swojemu odbiciu w lustrze nie napluć? ( przepraszam) Gdy byłam dziewczynką ,rodzice przygotowując mnie do I komunii św. tłumaczyli mi przykazania. Miedzy innymi i to "nie zabijaj" przykazanie -zakaz. W domu był pies i mama tłumaczyła mi, że zabijaniem jest również nie dbanie o jego potrzeby. Nie nakarmienie, nie napojenie, nie wyprowadzenie go na dwór, Nie leczenie gdy coś mu dolega.Nie uspokajanie gdy się boi burzy, pozostawianie na długo w samotności. Jako dziewczynka byłam uczona, że to zabijanie polega na osłabianiu jego zdrowia, jego instynktów i uczuć do człowieka. Miałam mądrych rodziców. I dziękuję Bogu za nich.Te nauki nie ułatwiają mi życia o nie! Staram się być czujna w moim odnoszeniu się do zwierząt a wrażliwość powoduje, że bardzo boli bezsilność gdy nie jesteśmy w stanie pomóc każdemu. Ale wolę to! Nie chcę być potworem. Wczoraj na FB na mojej osi czasu napisałam coś takiego:

W moich myślach zeszłam na psy. I nie tylko na nie. Na koty również. Moja młodsza córka od przeszło miesiąca walczy o zdrowie i życie urodzonych przedwcześnie kociąt. Było ich sześć, karmione pipetką, bo kocica je odrzuciła. W pielęgnacji pomagała mala 6 miesięczna sunia, lizała i ogrzewała. Nie wszystkie dały się uratować ale wszystkie były opłakane przez nas. Moje wnuczki mają doskonałą szkołę obowiązkowości, ofiarności i odpowiedzialności. I trzeba stwierdzić, doskonale się wywiązują. Ale też boleśnie przezywają rozstania.
Oswoiłeś mnie, a więc wziąłeś za mnie odpowiedzialność, uzależniłeś mnie od siebie. Tak powinno nam przypominać niejedno zwierzę, gdy jesteśmy nieodpowiedzialni, popełniamy grzech zaniechania i zaniedbania wobec podopiecznych, gdy sobie mówimy to tylko zwierzę. Ale ono również czuje ból, radość, strach, lęk, ma uczucia na pewnym poziomie. To nie jest tylko zwierzę to jest nasz brat mniejszy.
Jesteśmy w większości chrześcijanami. Pamiętamy, że mamy sobie czynić ziemię sobie  poddaną. Poddaną a nie zniewoloną i zmarnowaną. To się również odnosi do naszego stosunku do zwierząt. Jako osoba wierząca zdaję sobie sprawę że kiedyś Stwórca będzie mnie rozliczał z wszystkich czynów. Tych jakich dokonywałam w stosunku do zwierząt również. Udomowionych i dzikich. Będę odpowiadać również za to jak traktowałam moje pieski czy kotki. Wszystkie , które przewinęły się przez moje życie. Całe życie. I nie chodzi o to czy miały prawo spać na fotelu czy na kanapie, ale o to czy zaspokajałam ich wszelkie potrzeby, czy dbałam o ich zdrowie, bezpieczeństwo, niosłam ulgę w cierpieniu. Czy dbałam aby regularnie otrzymywały posiłek, były wyprowadzane na spacer, czy mogły na mnie w pełni polegać.
A tymczasem? Co rusz natykam się na zdjęcia opuszczonych, chorych ,zmaltretowanych psów. Z wołaniem o pomoc dla nich, bo ktoś tam okazał się dla nich bestią. Gdyby żyły dziko, natura albo pozwoliłaby im przetrwać albo miłosiernie zabrałaby słabszym osobnikom życie. Bo natura nie jest okrutna, nie znęca się. To człowiek potrafi wymyślić koszmar. Sama jestem osobą wierzącą i praktykującą i dlatego mam odwagę zapytać: ludzie niejeden z was też jest religijny i praktykuje ,czy przy konfesjonale bierzesz pod uwagę swój stosunek do zwierząt i do tego które masz w domu? Czy jesteś w porządku?


Dziś usłyszałam w ogłoszeniach parafialnych, ze w dzień św. Franciszka czyli w sobotę, przy moim kościele będzie modlitwa i błogosławieństwo naszych pupilów. Wszystkich. Nawet małe akwarium z rybkami można przynieść.  Mam nadzieję, ze moja sunia dojedzie do mnie do tego czasu. Niektórzy się dziwią, gorszą a niektórzy się cieszą. A ja uważam ,że dobrze. To błogosławieństwo jest dla nas właścicieli. Po to abyśmy nie zapominali, że zwierzęta są dla nas darem Bożym i jako taki zasługują na szacunek i dbałość. Doznamy tego błogosławieństwa gdy będziemy o tym pamiętać, szanować ten dar.

Ja wiem piszę z punktu widzenia osoby wierzącej. Nie wszystkim to się może podobać. Ale jeśli moje poglądy i im podobne  służą dobru naszych braci mniejszych czy jest w tym co złego?.

14:19, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (6) »
czwartek, 25 września 2014
Czy się uda? Wszystko zależy od dobrych ludzi

 No tak, znowu zeszłam na psy. Ale u mnie w domu jest to ważny i gorący temat. Emocje się wyciszają. Ale ból i pustka dręczą serce. Przesadzam?  To zrozumie tylko ten kto prawie przez całe życie miał obok siebie czterołape i ogoniaste stworzenie. Czarny sweter porzucony na tapczanie daje złudzenie, ze pupil jest, i leży sobie. Szmer w drugim pokoju daje złudzenia że ukradkiem włazi na tapczan. Wynoszenie śmieci skutkuje odruchowym kierowaniem się na dalszą trasę dotychczasowego spaceru. W połowie drogi przychodzi opamiętanie " gdzież to idę?" Tak to jest. Nikt nie szczeka gdy obcy pod drzwiami, nikt nie wita gdy wracam z zakupów. Mąż czuje się niepewnie i samotnie gdy wychodzę. A co najgorsze - podupadłam na zdrowiu. Brakuje mi ruchu, spacerów na rozpoczęcie dnia i na zakończenie. Źle sypiam i jest gorzej z nogą. Coraz gorzej. Siłą rzeczy więcej siedzę przy komputerze albo nad papierami, czasem przy filmie i nad książką. A noga potrzebuje rehabilitacji i ruchu. Takiego właśnie spokojnego ustabilizowanego ruchu. Sama mam krążyć po okolicy? Głupio. Rada rodzinna więc w osobach córek, wnuków i mojego podopiecznego (telefonicznie zabrał głos) ustaliła : szukamy mamie i babci psa. Raczej mały tym razem ale nie maleństwo do zadeptania. Chodzi o to aby w razie choroby córki mogły przejąć nad nim opiekę. Oczywiście to ma być psiak, który mnie zapadnie w serce a nie pierwszy z brzegu. Znalazł się psiak mojego dzieciństwa, tu na miejscu. Takie coś kudłate, porzucone.

Ba ale to kudłate i porzucone wcale nie chce przynależeć do nikogo. Nie daje się złapać i chodzi swoimi drogami. Podkarmiane przez pracowników firmy, owszem do żarcia podchodzi ale złapać się nie daje za skarby świata. Radzi sobie świetnie. No taki pies domu trzymał się nie będzie. Dałam spokój. A więc na tapetę schronisko w Krakowie. A i owszem są pieski, takie łapiące za serce ale niestety ja za daleko mieszkam od Krakowa. Są trudności z wydaniem psa na taką odległość. Przerabiałam to już ponad 10 lat temu. Dlatego Luksa miałam ze schroniska z Katowic. Ale razem z córką znalazłam psinę.  Taką moją. Biedną porzuconą brutalnie, wiernie czekającą aż właściciel powróci i zabierze ją z przydrożnego rowu. Wylądowała w schronisku na Pomorzu. Czeka długo na dom. I ten dom ma u mnie. Już ma. tylko dotrzeć jeszcze nie może. Czekamy na sponsorów, którzy opłacą jej podróż do Krakowa, dalej to już nasz udział, aczkolwiek i ja na konto fundacji coś przelałam. Każdy grosz się liczy. Proszę wszystkich dobrej woli - pomóżcie! Na facebooku jest taki apel https://www.facebook.com/

KOCHANI DOMEK CZEKA NA SUNIE,POMOZMY ZAKONCZYC JEJ TULACZKE,WYRZUCONA JAK SMIEC,W ;OKOLICACH BIALEGOSTOKU TRAFILA DO HOTELIKU KOLO BYDGOSZCZY...TERAZ MUSI DOTRZEC DO KRAKOWA ,POTRZEBUJE WASZEGO WSPARCIA NA TRANSPORT...PROSIMY WAS O POMOC ZEBY DOJECHALA DO SWEGO DOMKU.......konto do zbiórek Nr. konta: 60 2030 0045 1110 0000 0266 7010 Stowarzyszenie HAPPY DOG, 15-143 Białystok, ul. Pułkowa 9 m 80,,,,dopisek transport dla Brigitte....................... Mariola Z-80 zl . ....Wieslawa G-50zl . ....... Stanislawa O-100zl

Czekam na sunię i mam nadzieję, że uda się.



10:01, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 września 2014
[*]

To już tylko wspomnienie. Przykre i bolesne jak na razie.

 

To Nero

.

 

Luks i Nero

 

 

Luks

 

12:01, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 września 2014
Pewien etap mam za sobą
Tak zakończyło się coś co teraz wspominam z bólem i łzami. Co było piękne, dawało radość a nawet dumę. Dziesięć lat temu żegnałam innego przyjaciela, wiernego i oddanego. Tez jesień wskazywała, ze przed nami trudne momenty. Przyszło nagle, na początku grudnia, nie było rady. A krótko przed Świętami córki znalazły biednego, opuszczonego i maltretowanego wcześniej, 10 miesięcznego szczeniaka boksera. Był z nami 10 lat. Tak mądrego i sprytnego psa nie miałam dotąd i tak oddanego i wiernego. Wyczuwał moje niepokoje i nastrój i pocieszał, patrząc głęboko w oczy i liżąc rękę.Upominał się stanowczo o pieszczoty, budził delikatnie, skucząc do ucha gdy potrzebował nocą wyjść.W ostatnich latach niezawodny przyjaciel, obrońca i balsam na samotność.Zaczął szwankować. Miałam na poniedziałek umówioną wizytę w Krakowie do diagnostyki. Po otrzymaniu środków na odrobaczenie i przyjmowaniu leków na wątrobę zaczął jeść, wróciła werwa , zainteresowanie otoczeniem, bystrość. Tylko spacery.....? Wychodził chętnie i ochoczo a powroty były powolnym krokiem, noga za nogą. Raz lepiej ,raz gorzej. Spacery skrócone. Dostał leki przeciwzapalne i przeciwbólowe. Była nadzieja że pomogą i jeszcze pożyje.Pojawił się sygnał, we wtorek wieczorem spadł z kilku schodów, ale poszedł dalej, nawet nie utykał. Wróciliśmy do domu, zainteresował się miską,upomniał o pieszczoty i poszedł na leże. Wczoraj wczesnym rankiem przed piątą zbudził mnie jego atak , silny atak padaczki. Wyprowadziłam go z tego. Przy pomocy córki zorganizowałyśmy poranny wyjazd do lecznicy po ostateczne rozwiązanie. Jeszcze w tych ostatnich godzinach czekania na wyjazd , przyszedł do mnie po ratunek, wszedł na mój tapczan aby być przy mnie. Wiem , mogłam zrobić tylko to co dla niego było najlepsze. Pozwolić mu odejść, skrócić mękę. I zrobiłam to, byłam do końca. Ale serce boli, wspomnienia też. Mężowi też łzy stają w oczach. Ile spacerów odbyli razem,a ostatnimi laty gdy wychodziłam pies mu towarzyszył leżąc na tapczanie albo w pobliżu.Co ciekawe, wyczuwał męża bezradność i chronił go. Było bezpiecznie w domu bo wyglądem i szczekaniem budził strach. A muszę dodać, że w miniony piątek, nieoczekiwanie córka została zmuszona do uśpienia swojego 10-letniego collie. Koło 16 jeszcze gonił przy wnuku po łące a o 18 córka po powrocie z pracy zastała go z porażeniem kończyn. Nasz Luks przybył do nas w grudniu przed świętami a Nero w sylwestra Nero odszedł kilka dni przed Luksem. Podwójna strata. Tyle że córa ma już od roku sunię shi tzu. Mała tęskni za towarzyszem i za swoimi i dziś jest u mnie bo właściciele na dyżurach, wnuki w szkole. Jest to jakieś zajęcie dla mnie i okazja do spacerów ale to nie to. Mieszkanie wysprzątane, narzuty wyprane, to co zbędne pochowane a mnie brakuje Luksa. Brakuje przyjaciela, obrońcy, kogoś dla kogo byłam niezbędna, kto czekał i witał od drzwi, gdy wyczuł mnie na klatce, swoim przywoływaniem. Ciężko!
11:38, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32