darmowy hosting obrazków
Kategorie: Wszystkie | Ogólne | działkowe | moje robótki
RSS
środa, 04 lutego 2015
Mojego myślenia ciąg dalszy

Poprzedni wpis był lekkim wprowadzeniem do dalszych wspomnień. Święta. Poprzedzało je w tym roku przygotowanie do tego co ma być pod choinką. Dzieciarnia rośnie, dorasta. Oczekiwania też się zmieniają.Trójka chłopaków ,już prawie dorosłych, samochodzikami się nie zadowolą. Kupić jest łatwo coś ale co? i za ile?Część więc prezentów trzeba własnoręcznie wykonać, a co to ma być to wymaga narad i przemyśleń. Były narady i pomysły ,a potem wykonanie. Czasem jest tak, ze to co najprostsze cieszy bardzo.Przygotowanie wigilii podzielono na trzy domy. Jedna z córek zajęła się kompotami, druga sałatkami świątecznymi, a przede wszystkim rybami.Ściślej biorąc rybami w kuchni córki zajął się Stiv. Jej dzieło  też, to kwas buraczany. Resztą ja się zajęłam. A w mojej rodzinie było tak, że w miarę przybywania członków rodziny przybywało potraw. W tym roku też. Oprócz karpia przybyła inna ryba zamarynowana w ziołach i upieczona w rękawie foliowym. Delicje! Dla męża i małej Nicoli idealna i bezpieczna bo bez ości. A dla nas? Rarytas.Choinka, ogromny stół, a pod choinka moc prezentów. Mała Nicola już od południa przypominała babci aby otwarła okno w pokoju a zamknęła drzwi, aby aniołek spokojnie wleciał i rozłożył prezenty. Zapewniłam ją, że nie tylko okno ale drzwi balkonowe są otwarte, bo przy gotowaniu zrobiło się gorąco i trzeba przewietrzyć.Sporo nas było przy stole. Była świeca, modlitwa, kolędy. Była radość, śmiechy, chichy. Były żarty i plany. I było wzruszenie. Troszkę łez radości też. Dwunastoletnia wnusia, cały tydzień produkowała i wśród koleżanek sprzedawała zabawki aby uzbierać pieniążki na prezent dla mamy. Prezent nie taki drogi, ale dziecko nie miało grosza   a mama odmówiła sobie wisiorka aby mieć na inne wydatki świąteczne.Brat i bracia stryjeczni, uratowali skórę dziewczynki i odkupili ze swoich kieszonkowych te zabawki. Sprawa wyszła na jaw dopiero w Wigilię gdy mama widząc wisiorek pod choinką rozpłakała się z radości i wzruszenia. To był chyba najbardziej wartościowy prezent.  A gdy poznała kulisy tego, dopiero się rozkleiła. Chyba nikt nie docenił w pełni głębi uczuć u tej nastolatki. Były i takie wzruszenia, które przy stole zostały tłumione a w cichości pokoju znalazły ujście.Oj działo się działo.W sumie święta były udane. Dużo radości, odpoczynku, dobrej lektury, rozmów, gwaru.Lubie tak.Jedynie Brita poniosła stratę. Rozpakowane prezenty to tona papierów. Przełożone zostały na bieżąco do worka foliowego i wyrzucone . Prawdopodobnie jednak, dostała się między papiery, piękna czerwona psia  banadanka odziedziczona po Luksiu. A taka twarzowa dla Brity. Może ktoś wie gdzie można drugą taką kupić?

A odnośnie Brity. Byłam i ciekawa i niespokojna jak psica zniesie szaleństwo sylwestrowe. W tym roku jednak dni przedsylwestrowe były nadzwyczaj ciche i wciąż była to wielka niewiadoma.Mój doberman, panikował, szukaj mysiej dziury, szalał. Nic nie pomagało. Ani tabletki , ani uspokajanie, ani obojętność.Po nim był Luks. Ten znosił strzelanie spokojniej. Zaniepokojony był, ale nie panikował. Szukał naszej obecności. Tak samo było w czasie burzy. Natomiast Brita była podniecona, niespokojna, ale nie bała się. Mało tego,okazywała swoja złość na te migające i spadające światełka. Miała ogromną  chęć się z nimi rozprawić. Rwała się z jazgotem na balkon. I trzymała się w pobliżu nas. A skoro my byliśmy spokojni to i ona nie widziała powodu do strachu. Trwało to wszystko zresztą niezbyt długo ,więc poszła potem spać. Zobaczymy co będzie latem podczas burz.

Moje spostrzeżenia odnośnie Brity opiszę jeszcze. W końcu minęły cztery miesiące pobytu u nas. Jej zachowanie radykalnie się zmienilo.

00:03, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lutego 2015
Myślę sobie....

Myślę, więc jestem! Tak to prawda jestem. Jeszcze. I dzięki Bogu, widocznie jeszcze mam coś do zrobienia na tym ziemskim padole.

Od pewnego czasu nie lubię zimy. Chociaż nie, to nie tak. Nie lubię utrudnień jakie ona niesie.Nogi już nie takie, oczy też zaczynają szwankować, poczucie równowagi również, a tu trzeba wkładać warstwy odzieży na siebie, buciory, czapkę a jeszcze do tego wypada założyć szalik i rękawice. Koszmar. I w taki umundurowaniu maszeruję do sklepu po grubsze zakupy, aby nie gonić codziennie np. po chleb czy mleko. Wychodzę zgrzana, zmachana, ciągnę pełny zakupów wózeczek, wciągam po schodach na II piętro. Dobra zaprawa i trening?

Ale, ale. Zanim będę pisać dalej, przyznam się, ze miałam wątpliwości co do dalszego prowadzenia bloga. Miało być hobby a tymczasem wena do robótek mnie na jakiś czas opuściła. O czym pisać? O codzienności, być monotematyczną na tema nowego psa?. Blog to jednak rodzaj pamiętnika, dlaczego więc nie pisać o tym co niesie codzienność i w duszy gra? Jeśli ktoś uzna mnie za monotematyczną to trudno.

Wracając do nielubianej przeze mnie zimy. Bo tak ogólnie to zimne powietrze skrzące się w słońcu, skrzypiący pod butami śnieg, budzą mój zachwyt. Byle to nie było pod koniec marca lub w kwietniu. A jak na babcię to i tak zbytnio się nie opatulam. Przy temperaturach powyżej -10 nie widzę powodu aby to robić. Poranne i wieczorne spacery z psem pomagają zdrowotnie.Zahartowałam się,, mam trochę ruchu, co pomaga mi usprawniać się ruchowo.Niestety na moje kolana bardzo liczyć nie mogę ale się nie poddaję. Im więcej ruchu w rozsądnych granicach oczywiście ,tym dłużej utrzymam jaką taką sprawność.Muszę ją utrzymać ,bo opiekuję się chorym mężem i wszystkie jego obowiązki przejęłam. Choroba postępuje i będzie postępować niestety. Takie jest jej oblicze. Myślę jednak, ze Opatrzność nie pozostawiła mnie samej sobie. Pól roku temu na naszej drodze stanął człowiek potrzebujący pomocy. Potrzebujący  rodziny zastępczej. Dorosły wprawdzie, samodzielny ale emocjonalnie posypany, zagubiony. Znałam go jako małego chłopca, znałam rodziców. Pisałam o tym. Aby łatwiej było o nim pisać nazwę go Stiv. Tak jak napisałam Stiv potrzebował  więzi z rodziną, tego aby mieć kogoś dla kogo będzie ważny, komu okaże serce, troskę i kto  będzie się o niego  troszczył. Ważne aby miał się do kogo odezwać,  podzielić  swoimi radościami i kłopotami. Stiv ma taki rodzaj pracy, że przez kilka tygodni jeździ na trasach zagranicznych i na dwa tygodnie wraca. W połowie grudnia Stiv zjechał na Święta. W domu był przez półtora miesiąca..Przygotowania do Świat akie wspólne i same Święta były miłe i wspaniałe. Stiv po dłuższym czasie znowu miał rodzinne Święta, miłą atmosferę. Stiv jest u nas na warunkach domownika jak syn. I tak się zachowuje. Ja mam pomoc w różnych drobnych naprawach i pracach domowych. Doczekałam się też lekkiego przemeblowania pokoju. A trzeba wiedzieć, ze monotonia mnie nuży  i marzyła mi się już zmiana jakaś. Jest dla mnie synem, martwię się o niego gdy jest z dala od domu. Gdy jest, mam z kim pogadać, podyskutować a nawet powspominać. A teraz jest w domu cicho, spokojnie i pusto. Odliczam dni, oczekując powrotu. Czasem sobie pogadamy króciutko przez telefon. Ciągły kontakt ma oczywiście z córkami, są w tym samym wieku, więc wspomnienia szkolne, wspólni znajomi etc. Stiv odżył. Przeżył z nami pooperacyjną rekonwalescencję, chorobę psa, kłopoty ze zdrowiem męża. Jednym słowem jak w rodzinie.

21:41, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 grudnia 2014
Tak o wszystkim

Długo tu nie wchodziłam. A przyczyn wiele.  Jestem coraz bardziej zajęta i coraz bardziej zmęczona. A czasem coraz bardziej zdezorganizowana. Jak długo można działać na wysokich obrotach, w stanie nieustającej gotowości? Niestety, nie jestem coraz młodsza.

Mijający rok był trudny. Zmaganie się z chorobą męża, z moją własną.. Dzięki Bogu stan fizyczny męża nie jest najgorszy, ale mentalnie choroba się posuwa. Coraz więcej spada na moją głowę. Samo życie. Definitywnie rozstaję się z działką. W minionym sezonie zupełnie sobie z tym nie radziłam. Nadrabiałam zaniedbania w piorunującym tempie aby potem znowu nie móc bywać na bieżąco i zaległości narastały. Poza tym brakło do wielu prac bieżących męskiej ręki. Mąż też nazbyt chętnie na działce nie bywał. Przy braku komunikacji miejskiej, to dla nas z mężem cala wyprawa, mimo iż stosunkowo to nie taka spora odległość. Dość się jednak uchodzę za administracyjno domowymi sprawami, za zakupami, po domu też się udreptam, gdy jeszcze doszła działka i tuptanie po niej ,to wieczorami wyłam z bólu. Wstyd się przyznać ale w tym roku nie przygotowałam należycie działki na zimę. Domek zabezpieczyłam, woda zakręcona, ale ziemia nie uporządkowana. Chabazie  nie powycinane. Wstyd!  Cóż jak przyjdą cieplejsze dni na przedwiośniu, to wówczas  uporządkuję  a potem działkę przekażę. W międzyczasie  zyskałam domownika, lokatora. Od  dawna myślałam aby  zaprosić kogoś  samotnego a zaufanego do czasowego zamieszkiwania u nas. Tak aby mieć i pomoc i towarzystwo. Ot tak, aby porozmawiać, pożartować, wymienić poglądy. Brakuje mi tego bardzo.  I nagle, na naszej drodze stanął człowiek potrzebujący pomocy. Znany nam od dziecka. Samotny, potrzebujący rodziny zastępczej , aby jakoś wrócić do równowagi. Pracę miał i ma, ale pustka  w domu, w pokoju sublokatorskim ,nikogo bliskiego, działały destruktywnie.  Młody mężczyzna przyzwyczajony do życia kolektywnego (były sportowiec), nie radził sobie w opuszczeniu. Pracuje poza krajem przez kilka tygodni, po czym zjeżdża na pewien czas. Wówczas mam dużą pomoc przy naprawach, zakupach, mam towarzystwo i troskę. Taki drobiazg jak podana mi szklanka świeżo zaparzonej herbaty gdy jestem zmęczona, oglądanie wspólnie jakiegoś archiwalnego filmu, czy programu, opowieści  z podróży po Europie są dla mnie niezwykle ważne i pomocne bo to kontakt z drugim człowiekiem. A że mój lokator jest w wieku mojej córki, że znają się od dzieciństwa, to mam „adoptowanego” syna. ;-))))

Jak wiadomo przychodzi czasami taki etap w życiu, gdy działa prawo serii. Wszystko pomału zaczyna dziękować za służbę. Jakoś radzę sobie z wydatkami na zasadzie jak się nie ma co się lubi ,to się lubi co się ma. Jednak gdy jedno po drugim  psuje się, to bywa trudno. Od blisko roku borykam się ze staruszkiem komputerem.  Co jakiś czas informatyk ma co w nim robić. Ale ostatnio?  Mój komp robi mi wszystko na złość. ZA chińskiego boga nie można  uruchomić skypa.  Nie i koniec. Już wgrywałam ponownie i to kilka razy. Nie idzie. Zawiesza się. Cuduje. No więc decyzja. Kupuję laptopa. Na raty. Ale jakiego wybrać? Wyrywna do tego nie byłam i dobrze się stało. Najpierw  niespodziewanie lekkie wydatki nadzwyczajne. Zauważyłam u mojego Luksa  niepokojące incydentalne objawy. Potem miałam już pewność, że trzeba interwencji weterynarza. Zaczęły się koszty. Leczenie. Zakończyło się eutanazją i kosztami  utylizacji etc. Miałam sobie dać spokój ze zwierzakami. Kota w bloku nie chciałam. Czyszczenie kuwety to nie dla mnie w obecnej sytuacji, a poza tym potrzebuję ruchu a nie siedzenia z kotem na kolanach. Psychicznie zaczęłam się jakoś zapadać, brakło spacerów, psiego witania, radości. Zrozumieć może to tylko inny psiarz. No więc będzie mały pies, taki, którym w razie czego zaopiekuje się córka. Troszkę kosztów też było. Ale pupilka jest ,cieszy  i mnie i męża. Suczka się już zadomowiła, przestała być niejadkiem, broni gniazda, bywa kłótliwa, lubi ze mną dyskutować, ale też i przymilna. Niby owczarek a poluje  z namiętnością. Na krety i nornice. A potem walczymy w łazience. A zamiast laptopa musiałam kupić nową kuchenkę elektryczno-gazową do kuchni. Stara dwudziestoletnia nie nadaje się do użytku już.  Samo życie.  Żyję już świętami i jak to drzewiej bywało bawię się zabawkami na choinkę. Kiedyś w szkole robiło się takie papierowe. Pamiętam tzw. pawie oczka. Robię takie same ale z materiałów obecnie dostępnych.  Kolorowy filc, koraliki, cekiny. Ocieplina. Cieszy mnie to i bawi. Zajmuje ręce, sprawia radość.

 

 

 

 

 



21:33, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (4) »
środa, 08 października 2014
Minął tydzień

Nowy członek rodziny - stada jest już od tygodnia. Rytm dnia wrócił na swoje tory, aczkolwiek uległ pewnym modyfikacjom, boć życie narzuca swoje reguły. Brita jest młodym psem, wiec bardziej aktywnym. A potrafi egzekwować swoje potrzeby. Oj potrafi. Jako, że pies mniejszy to spacerów więcej bo przecież i potrzeba wyjścia częstsza. Ponadto, gdy pies się nieco nudzi to wkłada pyszczek w dłoń pani i podrzuca lekko, dając do zrozumienia, ze pora na głaskanie.  Czesanie  znosi dzielnie i nawet polubiła, bo pani nie szarpie kudełków a szczotkuje. Potem sunia wygląda jak biało szara chmurka. Dom jest już jej gniazdem, którego broni szczekaniem, troszkę zachrypniętym. Uwielbia balkon, bo zawsze można troszkę pomruczeć na inne pieski i ptaki. Uczymy się wciąż siebie nawzajem.

Ale... no właśnie radość życia z posiadania własnego domu, własnego leża, własnej miski i własnej pani i pana, objawiła się nie tylko radosnym szczekaniem w świat ale i ułańską fantazją w postaci capnięcia ząbkami przechodzącej osoby. Na szczęście niegroźnie, bo nie znając do końca psa, przezornie trzymałam smycz krótko ale sam fakt był bulwersujący. Nie warczała, nie zachowywała się groźnie a nagle... No cóż dla nas sygnał, że trzeba na ulicy, tam gdzie ruch psa trzymać krótko i niestety kaganiec jest niezbędny.  Nadmiar emocji u niej prowadzi do wybryków. No to teraz chodzimy w kagańcu gdy trzeba przejść te dwie ulice, a na łące gdy nikogo nie ma kaganiec zdejmuję, a w drodze powrotnej znowu pyszczek w klateczce.  Dla mnie zadanie, układanie psa. Jest dość posłuszna i pojętna. Ćwiczymy stój i idź. Komendy spokój i nie wolno. Chodzi o to aby nie ciągnęła, nie szarpała, nie wyrywała za kotami, ptakami, rowerami etc. Troszkę czasu to zajmie ale efekt będzie. Młody Luks też łatwy nie był. A efekty były.

Mam sunię niejadka. Zastanawiałam się czy mam kombinować z jedzeniem? Włosy z głowy rwać? Przypomniałam sobie to i owo, poczytałam i teraz konsekwentnie działam. Powinno dać efekt. Jesteśmy stadem. Ja jestem przewodniczką stada i ja nadaję ton. W stadzie dzikim przewodnik je pierwszy a to co pozostawi zostaje sforze prawda? No więc odwołując się do naturalnych odruchów psa i jego przyzwyczajeń, o określonych i zawsze stałych porach daję jeść i nadal będę tak robić. Gdy sunia podchodzi do miski ,wącha i pozostawia nie zjedzoną karmą, po 25 minutach jedzenie znika. Pojawi się następnej porze i znowu to samo. Przy czym za każdym razem jedzenie jest na blacie kuchennym mieszane, łyżka stuka o michę, cała ceremonia włącznie z pochylaniem się nad nią aby symulować zainteresowanie przewodnika właśnie tą karma,mlaskanie, na ogół wkładam do ust jakiś kawałek jabłka czy chleba aby pies widział że nad jego miska coś jem, jednym słowem cały teatr. A dzieje się to na wysokości, więc zapach się roznosi, brzęczenie michy też daje skutek. W efekcie przy trzecim podejściu sunia zjada, bo już jest głodna i nie może dopuścić aby jedzenie znikło.Konsekwentnie i pomału, wypracujemy optymalna porę jedzenia, ilość i chęć. Gdy odwołujemy się do atawizmu psa, nie robimy krzywdy. Nie dręczymy. Zwierzę podporządkowuje się bo tak instynkt mu dyktuje.

Poza tym ta moja chmurka, jest bardzo przymilna, bardzo ostrożna, wdzięczna. Półdiablę robi się z niej dopiero na dworze, gdy wiatr zawieje w kudełki a zapachy fala docierają do móżdżku.

11:42, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 października 2014
Brita - Brygitte

Bardzo bolałam nad stratą Luksa. Kiedyś tak przeżywałam stratę Dobiego. Dobermana, który mieszkał u nas od szczeniaka. Żył 12 lat. Tez choroba pojawiła się nieoczekiwanie i krótko trwała. Krótko po stracie pojawił się Luks. Wyrośnięty szczeniak po przejściach. Był z nami 10 lat. Pojawiały się symptomy, że zaczyna się starość i dolegliwości ,ale jeszcze nie wyglądało to groźnie i beznadziejnie. Choroba rozwijała się w utajeniu a pod koniec, ostatni tydzień było już niedobrze. Niedocukrzenie, słabnięcie a na koniec ostry atak padaczki.

Zrobiło się pusto i smętnie w domu. Mimo normalnego rytmu życia, zrobiło się jakoś cicho, spokojnie. Mąż osowiał, polegiwał więcej. Miał obawy, zostawać sam, gdy wychodziłam z domu. Ja nie mogłam rankami wdrożyć się w rytm codzienności, bo brakło spacerów. Wieczory też smutne. Pazurki nie stukały, uszy nie kłapały przy trzepaniu łbem, brakło pomrukiwania, skomlenia przez sen. Dla  pozbierania się emocjonalnego starałam się widzieć pozytywne strony sytuacji. Aż w końcu obie z córką zaczęłyśmy przeglądać ogłoszenia ze schronisk i innych portali o pieskach. To pomagało i na początku była to odskocznia od przeżywanych przykrości. W końcu obie w ciągu kilku dni straciłyśmy pupilów.  Zastanawiałyśmy się tak hipotetycznie jaki piesek mógłby  ewentualnie zamieszkać. Założeniem był  mniejszy ,aby w razie mojej choroby czy nieszczęścia mógł zamieszkać  u córki z jej pieskiem. Kilka spodobało się nam, ale nie wszystkie oferty były aktualne. Wpadła nam w ręce oferta Brigitte.  Od razu chwyciła nas za serce a gdy okazało się, że jest do wzięcia, i że może uda się załatwić transport, nabrałyśmy nadziei i wszystko zaczęło się kręcić wokół tego.

I wreszcie Brygitte dotarła. Imię nieco zmieniliśmy na Brita. Jest wygodniejsze i pies lepiej  reaguje. Zastanawiałam się jak to będzie. Pies innej rasy a więc inne zachowania, inne upodobania. To nie jest bokser, to jest owczarek. Inny temperament. Błędem byłoby porównywać. A przecież niektóre zachowania są podobne. Poranne budzenie i wyczekiwanie na spacer, stukanie pazurków, otrzepywanie się. Brita tez jest ciekawska i uczestniczy we wszystkich czynnościach. Po trzech miesiącach tułaczki szybko przystosowała się do jedynactwa i warunków mieszkaniowych. Ma leże na wyłączność, miskę na wyłączność, nie musi walczyć z innymi psami o karmę. Jest bardzo przymilna, doprasza się pieszczot. Najchętniej co chwilę chodziłaby na spacery. Jest młoda i inteligentna uczy się szybko. Dała się wykąpać bez problemu, czesać też pozwala się bez oporu. Pomaleńku będziemy się uczyć reakcji na komendy : siad; leż; daj łapę, daj głos. Służyć nie będę jej uczyć bo to moim zdaniem nie jest naturalne dla psa. Jeszcze za wcześnie wyrokować, czy będzie umiała ostrzegać i bronić mieszkania, czy tez zostawi to nam. Musi najpierw do końca zaakceptować swoje gniazdo. Podobnie było z Luksem. Dziewczyna pięknie szczeka na inne psy a w czasie spacerów swoja radość życia oznajmia szczekaniem w świat. Bardzo mnie pilnuje i asystuje mi. Szuka kontaktu, upomina się o głaskanie, czochranie i zabawy.Jest  bardzo wdzięczna i już cechuje ją miłość.Tak do mnie jak i do męża.Gdy ja coś niepokoi przylatuje do mnie. A ja jestem szczęśliwa bo mogę sobie pogadać. Opowiadam jej co będziemy robiły, co dzieje się w kuchni, Brita słucha, kreci łebkiem wsłuchuje się w brzmienie głosu, łagodny ton i odpowiada kręceniem ogona, wspinaniem się łapami na kolano, pomrukiwaniem i poszczekiwaniem. Tego mi brakowało. I tych spacerów. Wspomnienie Luksa jeszcze boli, ale Brita w naszym domu to optymizm i radość i miłość. Jak można tak bezbronne stworzenie brutalnie porzucić, chcę aby w naszym domu żyła sobie wygodnie i szczęśliwie i aby pod wpływem naszej miłości zapomniała o złu, które ją dotknęło

 

 

 

 

 

 

 

 

 

20:41, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32