darmowy hosting obrazków
Kategorie: Wszystkie | działkowe | moje robótki | Ogólne
RSS
środa, 22 lipca 2015
Burza, pies, drzewo genealogiczne

 

 

Mamy falę upałów. Już drugą. Żyć się da albo wczesnym rankiem albo późnym wieczorem. Chociaż nawet po zachodzie słońca bywa niesamowicie duszno. Już teraz wiem dlaczego ludzie południa tak lubią sjestę. To nie kwestia upodobania, to sam organizm dyktuje. Łąka, na którą z psem wychodzę, przypomina wypalony step albo jakieś pampasy. W miejscach nie koszonych rośnie spalone siano, a w wykoszonych mamy rżysko. Nawet te niewielkie opady deszczu tego nie są w stanie zmienić. Mój pies nawet po rannym spacerze pada ziający i dyszący w ciemnym i chłodnym miejscu mieszkania. Balkon to tylko nocą. Nie protestuje gdy po spacerze południowym wkładam ja do wanny. Nawet chętnie się kładzie, bo metal chłodzi, a jeszcze pani robi lekki ,nieco zimny prysznic. Mokre kudełki schnąc troszkę ochładzają. No ale przecież.... upały upałami a jednak w ostatnich dniach, mamy też burze. Silne i ostre jeśli chodzi o błyskawice i gromy. Miasto leży w kotlinie, więc tu szkody nie czynią jak dotąd, ale krążą wokół, nieraz i przez godzinę, jaskrawe błyskawice przecinają niebo, ostro huczą pioruny. Gromy biją w niedalekie szczyty, jezioro, w rozgrzane hale. Czasem aż ziemia zatrzęsie.

Tak było i dwa dni temu, późnym wieczorem. Jako osoba wierząca, mam zwyczaj wieczorem odmawiać różaniec. Usiadłam więc po to na balkonie, ciemno ,cisza, w dali pomrukiwała burza, wiaterek powiewał raz słabszy ,raz mocniejszy. Fotel bujany zapraszał. Czysty relaks po upalnym dniu. Moja sunia przy mnie a jakże ,u moich stóp. Burza się przybliżała, to już nie były mruki ale huki wprawdzie dalekie ale jednak. Błyskawic też więcej. Sunia nieco niespokojna, ale wierna i czuwająca. Skoro pani siedzi to i pies też. Aż wreszcie rozbłysło nieco ostrzej, o to już niedobrze, pies zaczął szczekać na niebo, grom (jeszcze daleki) też usłyszał za swoje. Burza krążyła, raz była bliżej, raz dalej. Nie było groźnie. Ale jaskrawe błyskawice psa niepokoiły. Brita w końcu wycofała się do pokoju, ale stanęła w drzwiach, bo pani się nie ruszyła. Zaczęła mnie przywoływać, ale bez efektu. Więc wróciła i ułożyła się znowu przy mnie. Głaskana ,leżała spokojnie niby, lecz nie do końca pewna co ma robić. Pani się nie bała, a pies instynktownie chciał mnie bronić przed żywiołem. Burza się zdecydowanie oddalała, więc i ja nie zrezygnowałam z balkonu a małe wierne psie serduszko było ze mną do końca, wygłaskane, wymiziane, uspokajane bo zasłużyła na to.

Noga na zbytnią moją aktywność nie pozwala. Spacery i zakupy o kulach męczą a jeszcze te upały, na które nie ma wygodnych butów. Bo noga niestety puchnie. Więc ile się da to odpoczywam, nawet mieszkanie nie jest zbyt perfekcyjnie posprzątane. Czyli odkurzanie co drugi dzień, tyle, że staram się składać rzeczy na miejsce i wkładać naczynia bieżąco do zmywarki. Znalazłam więc zajęcie. Zaczęło się od wiadomości na facebooku od osoby o takim samym nazwisku jak moje po mężu. A sęk w tym, że jest to właściwie jedyne nazwisko w kraju. Pochodzi ono z południa Europy. Stare dzieje sięgające czasów napoleońskich albo i wcześniejszych. Kto ma to nazwisko to z całą pewnością ma dalsze ,nawet bardzo dalsze lub bliższe pokrewieństwo. Umówieni byliśmy na rozmowę na skypie ale dostałam kosza. W rozpacz nie wpadłam wprawdzie, ale zaintrygowana zostałam skąd na Śląsku to nazwisko? Największe skupisko to Wielkopolska, a inne części kraju to znane nam osoby. I tak się to zaczęło. Moja córa podjęła temat, a ma już na koncie odnalezionych kuzynów. Było to przed laty. Wojna troszkę porozdzielała ,krewnych. Tych dalszych. Nie będę się tu rozwodzić nad tym.

Na Myheritage, odszukałam wszystkie wiadomości dot. osób o tym nazwisku. Dotarłam do lat 1700. Buduję teraz drzewo genealogiczne. Chwilami gonią mi po głowie „klocki lego”. Sklejam do kupy wszystkie rozgałęzienia. Po co? Przyda się to potomnym. Jak się ma naście lat tak do 30 to człowiekowi przeszłość, dzieje rodziny są obojętne. Ot starzy sobie wspominają, gadają – niech tam. Gdy lat przybywa to troszkę więcej mamy zainteresowania, ale tylko troszkę. A dalej? Chcemy już znać więcej historii, jakoś tam się utożsamiać, szukamy korzeni a tymczasem tych ,którzy coś wiedzieli zabrakło. Mój mąż już w niczym nie pomoże, dobrze, że należałam do tych osób, które chętnie słuchały opowieści, nawiązywałam kontakty z rodziną męża, dbałam aby moje córki też ten kontakt miały .I teraz to co wiem, pamiętam mogę sprzedać. Myślę, że w człowieku tkwi jakiś atawizm .Przecież człowiek żył we wspólnotach rodowych, plemiennych. Cywilizacja to zniszczyła ale to gdzieś tam w nas tkwi taka potrzeba własnego miejsca i przynależności. Może to i jest z mojej strony jakiś bzik ale chyba nieszkodliwy.

19:07, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 lipca 2015
Zabiegi

Jak wiele zależy od nas ludzi, od podejścia do zagadnienia głównego, do pewnych uzupełnień głównego celu.....

Zaraz ,zaraz niby wiem co mam napisać a sama nie rozumiem co z tego wyszło. Może więc lepiej zacząć po prostu.

Wiadomo, dolegliwości dają mi się we znaki, nieco mnie powaliły psychicznie. To takie uczucie brzydkie: nigdy już nie będę normalnie się poruszać i żyć ? To już tak będzie? A tyle problemów przede mną, bo to ja akurat powinnam być sprawna fizycznie, pozbierana psychicznie, to ja mam wspierać męża , ogarniać codzienność. Lekarz raczej wiele też nie pomógł bo przecież cudów nie obieca. Ale zapisał zabiegi. No i dobrze. Główna rehabilitacja w szpitalu – zakorkowana, terminy na listopad a ja chodzić już nie mogę w maju. Drugi gabinet w pobliżu – trzy miesiące. Są płatne bez kontraktu NFOZ – drogie. Jedna stacja opieki przy parafii nie wszystko na NFOZ i druga w Caritas tam pełna gama zabiegów ,termin miesiąc, jeden rodzaj z moich zabiegów z dopłatą ale niewielką. (Krioterapia – NFOZ nie uwzględnia dostawy butli z gazem). Zdecydowałam się. Dojazd dobry, godziny też i urzekła mnie recepcja. Wystrój i obsługa. Miesiąc minął zabiegi zaczęłam. Lokal przytulny, pastelowe kolory na ścianach, dość obszerny, są kąciki gdzie ustawiono krzesełka, takie załomy, zakamarki a jednocześnie wszystko w kontakcie wzrokowym. Tu ładna ława pokryta serwetką, z czasopismami, tam półeczka, tu ścianka z ogłoszeniami i zdjęciami, tu gzyms z wazonikiem. Na ścianach reprodukcje obrazów w ładnych ramach i to uzupełnione kompozycjami sztucznych kwiatów doniczkowych. Są też kompozycje kwiatów ogrodowych. Też sztuczne, ale to wymóg sanitarny. W jednym z kącików nieco ciemniejszym przy drzwiach do magazynku duży snop trzciny ozdobionej jasnymi polnymi kwiatami, oczywiście imitacją. Z gabinetu cichutko płynie muzyczka relaksacyjna. Jasne światło.

Wszystko z gustem, ze smakiem, nie przeładowane, nie przypadkowe i nie jakieś kosztowne. Atmosfera wręcz domowa. Zabiegi ustawione godzinowo, więc bez tłoku, przepychanek, mimo że ciągle ludzie przychodzą i odchodzą. Jest płynność. Obsługa rzetelna, profesjonalna, cierpliwa i życzliwa. Dziś np. ledwo przyszłam pan mnie zaprasza bo akurat krio jest wolne,wyszłam – pani mówi a ja mam akurat laser wolny. Za pięć minut na laser już czekały trzy osoby. Czekały cierpliwie, bez kłótni. Dlaczego? Bo nie ma o co się kłócić, tam każdy jest ważny. A w tak miłej poczekalni ludzie nawiązują ze sobą rozmowy, żartują. O danej porze spotykają się te same osoby, więc pewnego rodzaju to życie towarzyskie tam kwitnie.

Terapia, zakład terapeutyczny- może być zimny ,sterylny, profesjonalny. Można sztywno podchodzić do pacjenta. Zrobione, następny proszę, szybko, nie ma czasu, burkliwie odpowiadać coś pod nosem. A można pomieszczenie ocieplić wystrojem, obsługę i profesjonalizm okrasić uśmiechem i życzliwością, można osobie schorowanej podać rękę aby mogła wstać lub podać laskę.

W czasie ultradźwięków opowiedziałam młodej pani bajkę po rosyjsku pt: Konik polny i mrówka. Obie śmiałyśmy się przy tym serdecznie. Gdy tam wchodzę i nawet jak czekam na zabieg - zwykle krótko – to wypoczywam, odpływają zmartwienia. To taki czas relaksu. A to wszystko działa. Dziś pan magister  ocenił,że mój guz piętowy sporo się zmniejszył. Pomogły już nieco i zabiegi , i samopoczucie, i kule. Czemu inne placówki tak nie chcą?

 

 



17:11, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (3) »
Odpowiedź

Czytam sobie komentarze do ostatniego wpisu i jeden wg mnie trafił w sedno. Atojaxxl ma rację. Zawsze byłyśmy zwarte i gotowe, zawsze na każde skinienie dzieci, każdy większy czy mniejszy ból, ten prawdziwy czy urojony był łagodzony, I tak to szło. Bo kochałyśmy, bo brak czasu albo nieraz pieniędzy na zachcianki w ten sposób rekompensowałyśmy. A dorosłe dzieci i tak sporo mają nam za złe. Troszczyłyśmy się a nie nauczyłyśmy troszczyć się o innych. Mimo iż przykład nas dorosłych opiekujących się naszymi seniorami powinien zadziałać wychowawczo. Wiem już jedno, nie będę prosić, czas na wysuwanie pewnego rodzaju żądań. Oczywiście z taktem i umiarem ale stanowczo.

Działka?

Ta nie zniszczyła mi życia. Przeciwnie była źródłem radości, przyjemności i gimnastyki. To ogród dzierżawiony z PZD oaza spokoju, zieleni, kwiatów, trochę owoców i upraw na miarę sił. Sporo ptasiego rejwachu, czasem krecich szkód. Tu moje wnuki podpatrywały Pszczółkę Maję, Gucia. Teklę, mrówki i ropuszkę. Dzięki niej znosiłam dobrze letni czas bez wyjazdów w Polskę. I to że moja obecna niesprawność jest tylko taka, jaka jest to, dzięki działce. Wspólne narady z mężem nad zagospodarowaniem terenu, wspólne posiady, zbieranie owoców, radość z udanych zbiorów – ten kontakt, którego mi teraz tak brak, bo choroba uniemożliwia.

Pomału jesteśmy na etapie, gdy coraz więcej spraw i rzeczy jest po raz ostatni. Ce la vie!

 



16:12, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (2) »
środa, 01 lipca 2015
Tak trochę o sobie

Czasami wydaje mi się, że moich wpisów nikt nie czyta. Wiszą sobie spokojnie, starzeją się jak piernik a potem nagle sypną komentarzami. To że piszę rzadko ,nie oznacza zniechęcenia, czy chęci zamknięcia bloga. Czasami tyle się dzieje w sferze emocjonalnej, że muszę dać sobie czas, nabrać dystansu aby to czy owo napisać. Nie sztuka pisać w euforii czy w momencie załamania. Pisze się bzdury, na emocjach a potem żałuje lub wstydzi. Takie pisanie to jednak do szuflady dobre. A jeśli coś idzie na zewnątrz to warto to przemyśleć.

Nie jest mi ostatnio zbyt łatwo. Początek wakacji, ludzie wyjeżdżają, odpoczywają, zmieniają otoczenie. A ja zakotwiczona. Choroba męża mnie trzyma to raz. Nawet gdybym zorganizowała opiekę na kilka dni, to dla męża byłaby jednak trauma. Jak dla dziecka, gdy mama znika. Zaburzyłoby jego poczucie bezpieczeństwa. Z mężem wyjazd dalej raczej nie wchodzi w rachubę.

A i odpoczynek dla mnie też żaden. Ale nie chodzi tylko o to.

Od dwóch miesięcy borykam się z potwornymi dolegliwościami nóg. A zwłaszcza jednej. Kolano, kolanem ale doczepiło się jakieś świństwo do pięty. I nie jest to ostroga o nie! Dolegliwość nasilała się aż na dobre uniemożliwia normalne chodzenie, i to coraz bardziej. Nie miałam wątpliwości to coś z przyczepem ścięgna Achillesa. Lekarz potwierdził stan zapalny. Zabiegi! A i owszem. To że sprawa się zaostrza to normalne, zabiegi działają bodźcowo, stymulujaco, jest reakcja. Ale ja chodzić nie mogę i nie powinnam za dużo. A dzisiaj usłyszałam, że mikrourazy – może nawet niezauważalne przy chorym kolanie - powodują stan zapalny i tzw. przebudowę przyczepu ścięgna. Ja tego nie widzę ale pan magister stwierdził, że obrzęk jest brzydki, jest naciek i rehabilitacja długa. Mam uważać ,nie przeciążać nogi i zamiast laski wziąć kule aby nie obciążać nogi całym ciężarem. Sama na to wpadłam wcześniej ,kule zmniejszają ból ale pies na smyczy i kule? Trzy razy dziennie najmniej? A zakupy z wózeczkiem i kule? A wciąganie ciężkiego wózka na II piętro i kule? Jakoś to muszę rozwiązać. Sama! Jak nie wiem jeszcze. Rodzina? A tak ,tak, jest ale zapracowani i chyba nie zdający sobie sprawy z powagi sytuacji. Pomoc sporadyczna a i owszem, ale że tu już trzeba coś na stałe wymyślić to raczej do głowy nie wpada. Mam nawet wrażenie, że troszkę to jest obojętne, bo są przecież inne problemy. Zawsze , nawet jak ponarzekałam to jednak jakoś sobie radziłam i trzymałam się, więc i teraz pewnie dam sobie radę. Tylko że już nie te lata i nie te oczy, jeśli o mnie chodzi. Moja zaradność i hart ducha też ma pewne granice. W tym roku na działce byłam tylko raz, w maju. Zawiózł mnie samochodem Steven jak był. Nie poznałam ogrodu, bo to był i jest busz. Zarośnięty i nie koszony. Serce mnie zabolało. Teraz mi jest obojętne bo i cóż zrobię? Nawet jak od przystanku dojdę na samą działkę, to koszenie dla mnie jest niemożliwe no a powrót do domu? Chyba metodą czołgania się po szosie. Młodzież rodzinna ma to w głębokim poważaniu. Zastanawiam się gdzie popełniłam błąd. A skoro go popełniłam, to muszę swoją czarę goryczy wypić. Pomoc na teraz mi jest potrzebna. Mam nadzieję że nie na stałe w pełnym zakresie, ale właśnie przy zakupach, czasem przy domowych pracach gdy trzeba coś w wyższych partiach zrobić, czasem tylko mi towarzyszyć aby mnie asekurować. Czy ją znajdę? Nie wiem, może są jacyś wolontariusze. Zobaczę.

 

 

 

 

 

 

 



00:15, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (5) »
niedziela, 07 czerwca 2015
Znowu Brita

Trochę wody upłynęło od mojego ostatniego wpisu.

Obie najciężej poszkodowane ofiary wybuchu gazu, niestety nie żyją. Najpierw zmarła 77 letnia kobieta a w kilka dni później zmarł jej 53-letni syn. Trzeba pochylić głowę nad nieszczęściem i westchnąć: Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie. Współczuję żonie. Ale cóż robić, życie toczy się dalej.

 

 

A teraz powrócę do przygody jaką miała moja suka. Tym bardziej, że przygodę ponowiła, ale już była ostrożniejsza. Moja Brita to takie trochę wariatuńcio. Czasem irytująca a czasem istne miodzio. Mnie dopadła przykra i bolesna dolegliwość, zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Ani buta włożyć bo uraża, ani spokojnie stąpnąć. Chodzenie to kuśtykanie z ortezą i laseczka albo kulą. Miły pan doktor zalecił zatem nogi nie przeciążać, mniej chodzić i zabiegi, na które muszę niestety czekać. W szpitalu do końca października a w przychodni Caritasu z kontraktem NFOZ tylko miesiąc. Mam sobie jedynie opłacić krioterapię, ale koszt jest póki co, dla mnie dostępny. Gdybym nadal paliła papierosy, wydałabym znacznie więcej. Tak więc moja córka pomaga mi przy wyprowadzaniu psa, zwłaszcza wieczorem. Nie wiedziała, że ja wieczorami psa ze smyczy nie spuszczam i spuściła sunię. A ta zazwyczaj grzeczna i karna pomknęła przed siebie łąką. Zrobił się popłoch, bo na wołanie nie reagowała. Wokół ciemno. Wreszcie słychać było ni to szczekanie ,ni to skomlenie. Nic tylko coś się psu przytrafiło. Córka pobiegła, relacjonując mi przez telefon co się dzieje. Przyświeciła telefonem, zobaczyła sunię to kopiącą, to tarmoszącą się z czymś. Lis? Kuna?Przy tym dźwięki jakie wydawała były jakieś zduszone. Co się okazało? Dopadła jeża.Nie chciała odpuścić a jeż zwinięty w kulkę ,fukający skutecznie się bronił. Kolce nastroszył maksymalnie, kilka z nich stracił a to moje wariatuńcio popuścić nie chciało, próbowało wciąż ząbkami jeża dopaść i w efekcie, pokiereszowane dziąsła, język, wargi i wnętrze policzka. Gdy wróciła do domu, sierść na pysku była mocno zakrwawiona, a psica utytłana w ziemi. Spotkała ją bura za nieposłuszeństwo i kąpiel a potem przemywanie wnętrza pyska szałwią. Minęły dwa dni, tym razem był spacer na smyczy, a jeż wyszedł sobie z trawnika na chodnik. Tym razem atak polegał już na obszczekiwaniu. Wprawdzie łapą troszkę kulkę kolczastą trącała, ale poprzednie zdarzenie troszkę ostudziło zapał do polowania. Jednak nie do końca. To co się rusza w trawie, odskakuje,ucieka to zwierzyna, którą należy gonić tylko pani tego nie rozumie i nie gustuje w takich zabawach. Pies tego nijak nie może zrozumieć.

Czy te oczy mogą kłamać?

 

 

To następne zdjęcie jest autorstwa mojej córki. Wklejam je za jej zgodą.

 

22:50, babcia.65 , Ogólne
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32