Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi ogrodnicze i działkowe
Blogi robótkowe
Kuchnia i przepisy
Przyroda
|
wtorek, 24 kwietnia 2012
Wróciłam
Byłam lepsza niż sójka, bo jednak jakoś się spakowałam, wrzuciwszy co pod ręką i pojechałam. Nie sama ,nie ! Z córką i najmłodszą wnusią. Jechała po raz pierwszy najpierw autobusem a potem pociągiem. Do tej pory podróżowała w foteliku samochodem. W Krakowie miła niespodzianka. Otóż kupując bilet ,dowiedziałyśmy się, że możemy skorzystać z opcji "wyjazd rodzinny" i mieć zniżkę. Jechałyśmy w pustym przedziale I klasy, w Inter Regio będącej klasą 2. Wnusia rozsiadła się wygodnie i z zapartym tchem rozkoszowała się komfortem jazdy. A pełnią szczęścia okazał się fakt, że w plecaczkowej torebce babci ktoś zaczął kwilić cichutko, i babcia wydobyła stamtąd nowego, małego puszystego misia, którego trzeba było utulić w płaczu. Tulenie się wzajemne sprowadziło sen, i tak dojechaliśmy. Dni pobytu minęły błyskawicznie. Każda z nas miała powód do radości. Ja odwiedziłam grób brata i bratowej a potem jeszcze nawiedziłam Świątynię Opatrzności Bożej, w której byłam dwa lata temu. Trafiłam akurat na rocznicowe obchody poświęcone Ryszardowi Kaczorowskiemu. Wnusia miała frajdę z pobytu w ZOO.Nie jest to jej pierwsza wizyta w ZOO - była w krakowskim, ale tu akurat trafiłyśmy na pustki i piękną pogodę, więc mogła biegać do woli, podziwiać kwiatuszki , przyglądać się zwierzątkom i ptaszkom wg swojego uznania i cieszyć nowym wózkiem. Nieco przestraszył ją rekin ale to dlatego,ze pomieszczenie było przyciemnione. Orzekła że w Warszawie domy są takie duuuuuże a jeździ bardzo dużo aut i tramwajów(dosł.)a Pałac Kultury wg nas dorosłych to wg niej jest Pałac Kontury i nic jej do tej kultury nie przekona.Miałyśmy okazje też oglądnąć przywitanie pucharu UEFA. Masowo ludzie robili sobie przy nim zdjęcia - widocznie znowu jest moda na igrzyska jak w starożytnym Rzymie.Dni minęły nam miło, słonecznie i ciepło do południa a burzowo i mokro po południu. Było też miło i rodzinnie. I była odmiana od codzienności. Powrót również dobry. Ta sama opcja zniżkowa, taki sam przedział, bowiem wsiadałyśmy wcześniej na początkowej stacji. Gorzej było w Krakowie z wysiadaniem. Tłumy szturmowały drzwi, bo pociąg jechał dalej a my z dzieckiem, wózkiem i dwiema walizkami. Wsiadający ani myśleli ustąpić. W sukurs przyszedł nam oczekujący zięć i wnuk. Gdy wnusia i wózek znalazły się w bezpiecznych rękach to i my dałyśmy sobie radę z pomocą łokci. Inaczej nie było szans. A teraz mogę stwierdzić : było miło, fajnie i nieco krótko ale w domu jednak najlepiej.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Sójka za morze
W Święta moja młodsza latorośl zaproponowała abyśmy się zapakowały, zapakowały najmłodszą wnusię i siadły do pociągu. Nie ,nie do byle jakiego ale do Inter Regio i pomknęły do stolicy. Ot tak aby troszkę odmienić sobie szarzyznę życia, sprawdzić czy nas tam nie ma i odwiedzić rodzinę .Starsza latorośl to zaakceptowała, ustaliła grafik służbowy ,aby zaopiekować się tatą i psem na dodatek. Wszystko zaplanowane, ustalone ,czas na pakowanie. Łups! To nie takie łatwe. Na trzy dni, my dorosłe baby nie mamy po co walizek wypakowywać. Ale aura daje do wiwatu. Żadne prognozy nie sprawdzają się. Co stacja telewizyjna to inna zapowiedź a internet jeszcze co innego i na dodatek rzeczywistość jeszcze co innego. Jakoś zręcznie przygotowałam odzienie i na cieplejsza ewentualność i na chłodek. A tu rano wstaję ,oczy przecieram i co widzę? Śnieżek na młodziutkiej trawce a z nieba sobie siąpi deszczyk ze śnieżkiem. I temperatura bliska 0*. Cudo po prostu. Żeby jeszcze było śmieszniej od trzech dni borykam się z infekcją zatok. To efekt mojej pracowitości na działce dopadła mnie alergia. Nigdy jej nie miałam, ale kiedyś trzeba zacząć prawda? No więc pogoda plus moje smarkanie się i chrypka napełniły mnie natchnieniem co zabrać ,co zostawić. Oczywiście na pierwszym miejscu były ciepłe rzeczy. Ale popołudniu niebo przejaśniało, nic z nieba nie leci, jakby nieco pocieplało, więc znowu zmiana , coś ciepłego na wszelki słuczaj a reszta lżejszych bo przecież gdy będzie naście stopni to to wystarczy. Wieczorem poszłam z psem. Niebo wygwieżdżone, zimno, prognozy zapowiadają zimne noce, dni cieplejsze ale z opadem a odczuwalna temperatura wcale nie rewelacyjna. Znowu więc stanęłam nad stosikiem do zapakowania. Co wziąć ,co zostawić? Przecież nie będę brała połowy szafy. Dwie rzeczy, trzecia na grzbiet i finito. Oj dawno nie miałam takiego problemu, na ogół pakowanie nie nastręczało mi problemów. W końcu podjęłam decyzję, czy dobra? odczuję na własnej skórze. Na Szpicbergen nie jadę w końcu. Jutro zobaczę jaka będzie pogoda i ubiorę się odpowiednio do drogi. Inaczej skończyłoby się to jak z sójką. Po niedzieli napiszę jakie efekty tego pakowania.
piątek, 13 kwietnia 2012
Nadzieja
Tuż przed świętami miałam telefon. Niespodziewany i miły. Ale może najpierw wyjaśnienie. Przed wielu ,wielu laty pracując zawodowo jako księgowa zetknęłam się z ruchem abstynenckim. Służbowo. Spodobało mi się przyłączyłam się a potem ukończyłam stosowny kierunek psychologiczny i oprócz pracy zawodowej wolontaryjnie pomagałam. Byłam członkiem Klubu.Mimo iż nie jestem ani ja ani mąż uzależnieni. Po długim okresie aktywności zrezygnowaliśmy z członkostwa. Życie niosło inne wyzwania,przeszłam na emeryturę, zajęliśmy się działką, małymi wnukami etc.etc. A klub owszem istnieje, opinie o jego działalności są różne. Otóż ktoś znajomy ,odezwał się z wiadomością, że powstaje alternatywne stowarzyszenie samopomocowe o szerszym spektrum działania.Czy nie mogłabym pomóc organizacyjnie,czasem poprowadzić spotkania jak to drzewiej bywało.Poszłam na takie spotkanie i tam natknęłam się na kilka osób z którymi miałam do czynienia, które od lat wyszły na prostą,żyją normalnie a mają potrzebę bywania wśród rozumiejących, zaufanych ludzi. Nie tak dawno, miałam propozycję od lekarza prowadzącego w chorobie mojego męża aby może spróbować stworzyć taką grupę wsparcia dla opiekunów osób chorych na demencję czy Alzheimera. Stowarzyszenie, które powstaje, obejmowałoby również i takie osoby wsparciem. W miarę przybywania członków można tworzyć wewnątrz tematyczne grupy wsparcia i samopomocowe. Jest to tylko kwestia odpowiedniego zapisu statutowego. Muszę się przyznać, że znalezienie się znowu wśród ludzi, i to osób mi znanych ,rozmowa na tematy mi dobrze znane, wykorzystanie umiejętności nabytych, sprawdzonych,sama możliwość podzielenia się z innymi tym co boli, trudnościami dnia codziennego, i możliwość że ja sama kogoś mogłam wesprzeć w jego trudnościach, okazać ciepło i akceptację, a nawet przytulić i pocieszyć naładowało moje akumulatory ,dodało sil i nadziei, że nie jest tak źle, nie jestem sama. A w przyszłym tygodniu jadę sobie z córką i wnusią do Warszawy na rodzinny wypad i sprawdzić czy nas tam nie ma.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Rozjemca
Święta,święta i już po. Były spokojne ,ale radosne.Dzisiaj zrobiliśmy sobie z mężem trzeci dzień. Spieszyć się z wstawaniem nie musieliśmy, zakupów żadnych też nie trzeba robić, bo wszelakiego dobra jeszcze jest sporo, pogoda poprawiła się nieco więc co nieco na balkonie niemrawo podziałałam i mogę bez reszty oddać się lekturze. Błogie lenistwo. Wrócę wspomnieniem do ubiegłego tygodnia a dokładniej do soboty. Dość wczesne ranne godziny. Jestem z pieskiem na spacerze na łące nad Dunajcem. Pogoda niezła chociaż chłodno. Skoro wstałam wcześniej to postanowiłam psiapsiusiowi zafundować nieco dłuższy spacer, bo potem to już będzie moc zajęć. Uwagę moją zaprzątnęły dwie mewy słodkowodne łowiące rybki. Jest ich tu sporo ,bowiem kilkanaście kilometrów dalej jest Zalew Czorsztyński. Dwa ptaszyska zaczęły jazgotliwą kłótnię,pewnie poszło im o terytorium łowiskowe. Jazgot zamienił się w bitkę, poszły dzioby i skrzydła w ruch. Zaczęłam więc obserwować co będzie dalej. Mój pies ani myślał interesować się ptasią zwadą. Bardziej interesowały go krzaczki i kępy trawy. A ptaszyska rozpoczęły już walkę na dobre. Pióra fruwały, rwetes podniósł się nielichy. Zdenerwowało to w końcu pływającego w pobliżu kaczorka. Zerwał się z wody i trochę płynąc, trochę frunąc dobił do bijących się mew, ostro kwacząc, dołączył do tej ptasiej wojny. Zrobił się niesamowity hałas. To zwróciło wreszcie uwagę mojego boksera. Sapnął głośno ze zniecierpliwieniem, przysiadł na reszcie ogonka i przez parę sekund obserwował zjawisko. Aż wreszcie, siedząc ciągle zaczął z głębi gardła groźnie warczeć i w końcu szczeknął. Dwa razy. Ale jak? Takiego szczeku jeszcze u niego nie usłyszałam. Fonia na maximum a ile w tym było psiej furii, oburzenia, groźby i wściekłości ? A ptaki? W momencie się uspokoiły. Nie było w tym popłochu - pies im nie zagrażał - ale właśnie nastąpił spokój,tak gwałtownie. Po czym każdy z tej trójki spokojnie odleciał w swoją stronę na drugi brzeg. Pies powrócił do myszkowania w krzaczkach. Do dzisiaj się zastanawiam co on im takiego wyszczekał.
środa, 04 kwietnia 2012
Otwarcie sezonu
Wprawdzie przysłowie mówi że kwiecień plecień a pogoda to potwierdza, to jednak mimo wszystko mamy już wiosnę.Prognozy mówiące o opadach śniegu z deszczem, zimnych nocach i chłodnych dniach tego nie zmienią. A od dwóch dni śladu nie ma po śniegu sprzed tygodnia bą! pogoda jasna ,słoneczna,cieplutka. Na wszelki wypadek jednak, jeszcze zimową kurtkę trzymam na podorędziu. Jednak dzisiejszy ranek, spacer z pieseczkiem po łące zainspirował mnie aby rzucić tę świąteczną krzątaninę i wybrać się na działkę. A przy okazji uciąć troszkę wielkanocnej zieleniny do stroików i koszyczka. Oczywiście miałam wracać szybciutko, bo planowałam pieczenie ciasta później. Weszłam do tego swojego ogródeczka.Słonko świeci, ptaszki się nawołują, biedna przyduszona uprzednim śniegiem trawa próbuje odżyć, krokusy kwitną, żonkile już wychyliły się z gleby. Niby jeszcze szaro ale już widać życie powraca. Na pobliskim bocianim gnieździe już dwa boćki klekocą. A więc już i pan i pani zdążyły przylecieć. Bo pani jak wiadomo przylatuje ciut później, prawie na gotowe. Pierwszy remont gniazda robi pan. Mnie również zapał ogarnął. Tylko tak troszkę sobie pograbię. Tak troszeczkę,tam gdzie trzeba najbardziej. Pograbiłam, z grubsza cały ogród. Bo przecież mimo jesiennych porządków to skądś jeszcze nazbierało się liści nie mówiąc o modrzewiowym igliwiu. Teraz żonkile, śnieżniki,cebulice mogą sobie swobodnie wyglądać na świat.Przy okazji podcięłam pigwowiec ,bo go troszkę śnieg pochylił, rozgrabiłam kopczyki kreta, zasypałam korytarze nornic, przycięłam złamany krzaczek jaśminu, To tak tylko troszkę wszystkiego. Naprawdę. Prawdziwa praca będzie po Świętach. Tak mi było dobrze na świeżym powietrzu. Wróciłam do domu. Ciasto upiekłam - drożdżowe. Zaraz je zamrożę. I czuję ten dzień w kościach. Idzie zmiana pogody, bo mój barometr (kolano i bark) mi to zgłasza, ale oprócz tego mam zakwasy i pęcherze na palcach. Robiąc jeszcze wieczorem zakupy, czułam się sprawna niczym stuletnia staruszka a teraz nie wiem jak wstanę od biurka. Mimo wszystko ten dzień był dla mnie wspaniały. Może dotlenienie ma taki wpływ, może przyspieszone krążenie nie wiem ale wiem że to był udany dzień. A teraz gorąca kąpiel i zakwasy przejdą.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||