Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi ogrodnicze i działkowe
Blogi robótkowe
Kuchnia i przepisy
Przyroda
|
sobota, 19 lutego 2011
Przykro
Miałam dzisiaj przykre przedpołudnie. Nikt mi nic nie zrobił. Nie stało się w moim domu nic złego ani bolesnego . A jednak. Zanim opiszę co było przyczyną takiego nastroju, parę refleksji. Zastanawiam się, czy rodzice nie wyrządzili mi krzywdy swoim wychowaniem. Bo zawsze uwrażliwiali mnie na piękno, uczyli obserwować przyrodę, szanować ją.Z książek, po etepie bajek, miałam mnóstwo różnych książeczek z opowiastkami o zwierzętach. No cóz literatury zaangażowanej w moim domu nie kupowało się, książka była tania więc idealny prezent, a moje dzieciństwo to lata terroru stalinowskiego. Kupowano więc książki dostępne i odpowiednie do mojego wieku. Odkąd pamiętam, w domu zawsze był pies a zdarzyło się że i kot. Po porannym spacerze z naszym pupilem, zaaferowana nieco, bo chyba trzeba będzie niby z błahostką ale jednak, odwiedzić weterynarza, poszłam po najpotrzebniejsze zakupy. Po głowie snuły mi sie plany, obiadu dzisiejszego, jutrzejszego, jakiegoś słodkiego wypieku do popołudniowej niedzielnej kawy. Bo muszę zdradzić, że teraz z mężem celebrujemy podwieczorkową kawę i coś do niej. Czasem jakaś słodkość a czasem owoc. I tak zamyślona wracam do domu, gdy widzę znajomą, która również wracając ,co chwile przystaje i ogląda się. Dlaczego? Zdradziła mi. Pod jedną z klatek bloku stał skulony, zmarzniety, placzący w niebogłosy i kulący sie do drzwi uroczy kremowo biały szczeniaczek. Na oko jakies 6-8 tygodni. Ktoś podrzucił może na klatkę a stamtąd go wyrzucono ,albo sam wybiegł. Serce się kroiło. Jednego psa mam, mam zajecia po uszy, co zrobię z drugim? Rozsadek mówił nie brać bo potem nie oddam ani do schroniska ani nie znajde domu, bo tu trzeba troszke zachodu a ja mam naprawdę dużo na grzbiecie. Z bólem serca poszłam do domu. Ale zadzwoniłam do schroniska. Trzeba to maleńkie życie ratować. A tam? PROCEDURY!!! Mam zadzwonić do Straży Miejskiej. Zadzwoniłam a tam? PROCEDuRY! Dlaczego oni a nie Schronisko? A nie wiadomo czy schronisko ma miejsce etc. Powiedziałam to weźcie to małe i dajcie do uśpienia niech nie zdycha z głodu i zimna. NIE WOLNO przepisy nie puszczają. A żeby sie męczyło tak to puszczają? Na to ja. Obiecali podjechać sprawdzić, zabrać. Korciło mnie iść i zobaczyć czy to zrobili. Nie poszłam. Jestem tchórz. Albo zabrałabym do siebie, lekkomyślnie dodając sobie kłopotu, albo serce by mi pękło i płakałabym z tym maleństwem. I tak sobie w domu popłakałam nad nim. Nad ludzka znieczulicą. Czy ci od PROCEDUR są dużo lepsi od tych co podrzucają?
czwartek, 17 lutego 2011
Dziś nie będzie wspomnień
Jestem po prostu bardzo zmęczona i obolała co nieco. Rzecz w tym, że od miesiąca działam na wysokich obrotach, wyższych niż od czasu przejścia na emeryturę. Pierwsze dwa tygodnie to jeszcze wspomagala mnie wysoka adrenalina a teraz pomału "spuszczam powietrze". W komentarzach padło pytanie czy zbijam wagę nadal. Otóż wg zaleceń mojego lekarza już nie powinnam. Mam teraz wagę utrzymywać w granicach 80-82 kg. I całe leczenie polega na tym aby umiejętnie sobie regulować dietę, bez katowania się. Żyć normalnie stosując nowy sposób żywienia, okazjonalnie nawet zjeść to co dotychczas wskazane nie było, ale umieć to kontrolować. Gdy mam bardziej aktywny dzień to mogę troszkę ale tylko troszkę połasuchować. Święta zawsze procentują tym, że wskaźnik wagi jakoś niepokojaco wychyla się w prawo. Tym razem miałam zadanie zgubić jakies 2 kg. I zgubiłam, koncertowo. Bo też stało się, na początku stycznia. Dokładnie 9 stycznia. Szliśmy z mężem do kościoła. Jedną z głównych ulic miasta. To co w nocy zmrozilo, rano zaczynało płynąc bo robila sie odwilż. Po boku chodnika leżały pryzmy zlodowacialego twardego śniegu, na samym chodniku lodowate muldy naprzemian z kałużami o lodowym dnie. Mąż chcąc ominąć taką zdradliwą kałużę, poślizgnął się na muldzie i upadł na pryzmę. Nie był w stanie wstać. Jakoś go podźwignęłam, laska tu nieco pomogła (moja) ,Stanął na jednej nodze i dalej ani w prawo ani w lewo. Zostaliśmy po kostki w wodzie nie mogąć się ruszyć z miejsca. Mąż jęczał z bólu ,bliski zemdlenia. Ja juz wiedzialam co jest. Ktoś idący do kościoła zadzwonił po karetkę, napatoczyły sie wolontariuszki z WOSPu, uprosiłam aby z pobliskiego kościoła zdobyły jakieś krzesło. Przylecieli lektorzy, pytali czy wezwać pogotowie. Mąż przycupnął na krzesełku i tak nas zastali ratownicy. Męża ostrożnie na nosze i do szpitala. Rozpoznanie : złamanie szyjki kości udowej z przemieszczeniem. Przez trzy dni ważyły się losy czy można męża operować. Można. Jest już po operacji. Ćwiczymy teraz pokonywanie schodów. Obowiążki rozdzielone na dwie osoby spełniam teraz ja jedna. W plecaku targam zakupy ,nie małe aby po 10x nie gonić, trzy lub 4 spacerki z pieskiem. Ostatnio zaliczyłam jazdę figurową na błocie z upadkiem i czułościami szczęśliwego z zabawy niecodziennej psa. Trudno więc abym wagi nie zgubiła. Tyle że od dwóch dni zyskałam ale nie wagę tylko ból korzonków. Nie daję się, łykam przeciwbólowe i nadal się gimnastykuję bo ktoś musi. Jednak staram sie też łapać chwile aby kręgosłup odciążać, bo musi mi służyć i staram się łapać okazję do poleżenia. Dlatego dziś już nic więcej nie napiszę.
środa, 16 lutego 2011
Co nieco na wesoło
Czyli mój pies też chce coś powiedzieć.
Myślę, że na tym zakończę temat ubiegłorocznych spraw działkowych i zacznę troszkę z innej beczki wspomnienia. Wszystkim komentatorom dziekuję za miłe i ciepłe słowa. Zachęca mnie to do kontynuacji mojego pisania. Jeszcze przynudzę o działce
To przynudzanie to wyraz mojej tęsknoty za wiosną i zielenią. Wybaczcie. Wychodzę kilka razy dziennie na spacer z psem. Przdtem robił to mąż albo wspólnie, a obecnie spadło na mnie. Gdy kolano i kręgosłup nie boli to jest to miła rozrywka, gdy boli, traktuję to jako terapię i zrzucanie nadmiaru kalorii. Ale jak się ma stworzenie, ktore daje sporo radości, to trzeba też podjąć się i obowiązków, bo to żywa, czująca istota w dodatku całkowicie zależna od nas. Ale ja nie o tym. Wychodzę więc na błonia nad Dunajcem, a tam szaro, brudno, ostatnio jakieś wichrzysko duje, psu tylko uszy telepią sie w tym podmuchu. Śniega nika ni mo ino siwiućki mróz zalega na trawie. Luty jak gorzałka mamił nas wiosną a teraz ani wiosny ani zimy. Więc nie dziwcie się mojej tęsknocie. Pisałam że dostaliśmy kawałeczek ziemi więcej. I zaczęliśmy zagospodarowywać. tu już posadzona dalia i przełożony graniczny krawężnik
Dosadzona młoda borówka amerykańska
i nowe roślinki
jesienią borówka dostała do towarzystwa wrzosy
zagospodarowywanie trwało bowiem aż do jesieni, spokojnie i pomału
A na koniec, jesienią uporządkowałam i upiekszyłam mini oczko
balkon też cieszył
wtorek, 15 lutego 2011
Radości i smutki
Przeplatają się w życiu jak misterna tkanina. Nie tylko smutki mi towarzyszyły. Te dobre chwile również. Zanim zaczęłam sie bardzo martwić tym co sę dzieje ,cieszyłam sie nadchodzącą wiosną, bocianami, słońcem, pojawiającą się zielenią. I wówczas zauważyłam, że mąż jakby nico zobojętniał na działkę. Poprzednio wyrywał się tam a zeszłej wiosny zawsze chętnie jechał ale na moje hasło. Jeśli go nie dałam to spokojnie przeczekiwał w domu. Oj dzwoniły mi w głowie dzwoneczki alarmowe, dzwoniły. A tymczasem? W ogrodzie zaszły pewne zmiany administracyjne i udało mi się przy tej okazji uzyskać poszerzenie mojej działki o 1 m. Dlaczego tego chciałam? Działka obok uległa likwidacji a wzdłuż jej granicy rosły krzewy porzeczki czarnej. Niegdyś była to całość z moją działką. Potem je rozdzielono i część krzewów była u mnie a część u sąsiada.Te sąsiedzkie uległyby zniszczeniu a szkoda bo krzaczki dorodne tylko zaniedbane. Zyskalam więc 35m 2. Ba ale trzeba było to uporządkować, zagospodarować. Pracy sporo, bo poprzednik tę część zaniedbał. Wzięliśmy sie do pracy. Znalazłam miejsce na móje wymarzone mini wrzosowisko, miejsce na dalie. Zagospodarować trzeba było szybko. Na poprawki bedzie czas w roku następnym.Czyli w tym. No życie napisało inny scenariusz, dużo tych poprawek nie zrobię, bo przyjdzie mi to robić samej. Na dodatek nie bedzie i samochodu w tym roku. A więc będę maszerować na działkę per pedes, dżwigając w dodatku balast na plecach. Ale martwić się będę jak na to przyjdzie pora. Teraz jeszcze trwa zima.Tęskni mi się do wiosny bardzo. Myślę że mężowi również. Ale na razie ćwiczymy schodzenie i wchodzenie po schodach, chodzenie po domu przy pomocy chodzika. A dlaczego? No bo przez czyjeś niedbalstwo, mąż się poślizgnął na ulicy . Było to 9 stycznia, upadł tak nieszczęśliwie, że poszła kość udowa a dokładnie szyjka kości udowej. O tym również co nieco napiszę. Teraz pozwólcie że powspominam wiosenne i letnie dni.
Powie mi ktoś że jest wyjście. Pozbyć się działki. No można. Pewnie. Tylko co dalej? Prażyć się latem w murach, w blokowisku? Czy lepiej obsiać trawą i mieć swoje miejsce świeżego powietrza, kontaktu z naturą i wypoczynku? Jeszcze jakoś dam radę. Z natury jestem dość żywotna. A niestety na wyjazdy letnie nie bardzo sobie moge pozwolić a w tym roku tym bardziej. Jeszcze działka będzie. A tu na blogu jeszcze będą póki co zeszłoroczne zdjęcia z niej. No chyba, że was nudzą? | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||